Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W góry. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 października 2016

Rowerem dookoła Tatr

          No i stało się. W końcu udało mi się wybrać na przejażdżkę dookoła Tatr. Planowałem jechać na wiosnę czy w lecie, przy sprzyjającej pogodzie, ale jednak nie udało się zgrać z kumplami, którzy mieli jechać ze mną. Ostatecznie korzystając z urlopu postanowiłem wyruszyć sam, łapiąc resztki pogody, jaka została z tegorocznego lata. Pogoda ta jednak nie była aż taka cudowna, gdyż z każdym dniem września robiło się chłodniej. Ale jak nie teraz to kiedy? Spakowałem rower do samochodu, sakwy i wszystko co potrzebowałem do podróży. W zamierzeniu miałem przejechać trasę w 2-3 dni, w zależności od kondycji i pogody. Już wcześniej zaplanowałem sobie przystanki - jednak nie rezerwowałem noclegów. Jechałem w ciemno. Lecimy!



dzień 1. 85 km

Nastawiałem się na chłodny dzień, w szczególności poranki. Tego dnia było wyjątkowo zimno. Budzik postawił mnie na nogi o 5:30. Na termometrze 4 stopnie. Oczywiście na plusie. Plusem było też to, że w ciągu dnia robiło się znacznie cieplej.
W Zakopanem byłem ok. 8:30. Chwilę zajęło mi znalezienie miejsca parkingowego a później już tylko wypakowanie zabawek. Start chwilę po 9:00.
Chciałem dotrzeć do słowackiej miejscowości Liptowski Mikulasz, położonej nad dużym jeziorem. Jechało się całkiem dobrze, do czasu aż zaczęły się na prawdę mega spore podjazdy. Dały mi się one we znaki, bo jednak ostatnimi czasy mało trenowałem. Po drodze świetne widoki, na Giewont, później na Tatry słowackie. Okropnie długie podjazdy potrafiły na prawdę zmęczyć. Najdłuższy robiłem przez godzinę, rozkładając go na raty bo nie miałem dość sił. Za to zjazdy niesamowite. 50-60 km/h i tak kilka minut.
Wiedziałem, że robi się ciemno już przed 19:00 dlatego chciałem do 18 znaleźć nocleg, by nie jeździć po ciemku. Tak też się stało. Po dotarciu do miasta chwilę pokrążyłem po okolicy w celu znalezienia jakiejś '' ubytovni''. Sklep, kolacja, zimne piwko na regenerację i do spania :)

dzień 2. 75 km

Przy sprzyjającej pogodzie wyruszyłbym dużo wcześniej, pewnie ok 7-8. Ale o tej godzinie zanim wyjdzie słońce jest bardzo chłodno. Zebrałem się więc o 9 i w drogę. Tuż po wyjechaniu z miasta robiłem mały przepak, przy okazji chwilę odpoczywając. Minęła mnie grupka kilku rowerzystów jadących z sakwami w tę stronę co ja. Zaraz później wystartowałem, widząc ich odjeżdżających w oddali. Po ok 10 minutach dogoniłem ich, by może na chwilę się podłączyć. Zagadałem do ostatniego, rzucając po Słowacku ''Ahoj!''. Jak się okazało była to grupa z Polski, też jadąca podobną trasę co ja. Dogoniliśmy resztę z rozciągniętej grupki i przez chwilę omawialiśmy dalszą drogę, Stanęliśmy w miejscu, od którego ja akurat wybrałbym inną trasę, kawałek dłuższą ale mniej górzystą. Tak przynajmniej odczytałem z mapy. Goście jednak chcieli jechać ustaloną już wcześniej drogą. Dołączyłem więc do nich i przez resztę dnia jechaliśmy razem. Jazda w grupie była dużo prostsza i zawsze to raźniej paczką. Trzymaliśmy średnie tempo, jednak rozjeżdżaliśmy się na kilkaset metrów na podjazdach. Ten kto miał więcej siły leciał szybciej, później czekał na resztę stawki. Niestety pod koniec dnia zacząłem czuć już zmęczenie w nogach, na dodatek dokuczał mi ból kolana. Przed Tatrzańską Łomnicą we czwórkę pojechaliśmy w zły zjazd, jak się okazało droga prowadziła do autostrady. Dwójka jadąca za nami pojechała dobrze. Na dodatek stracili nas z oczu i jechali dalej myśląc, że nas gonią. W sumie przez to, że musieliśmy się cofać straciliśmy 16km... Niestety z powrotem mieliśmy pod górę, więc wyszło około godzina w plecy. No to wracamy. Ja już wiedziałem, że w ten dzień nie dotrę do Zakopanego. Chwilę wcześniej jeszcze się łudziłem. Pomyłka kosztowała mnie sporo sił i czasu. Postanowiłem dojechać jeszcze kawałek do Tatrzańskiej Łomnicy i tam szukać noclegu. Mógłbym jechać dalej ale następna miejscowość była oddalona o kilkanaście kilometrów i nie chciałem by zmrok dopadł mnie w lesie. I tak do Zakopca nie dotrę, więc zostawiłem na trzeci dzień 50 km. Grupa z którą jechałem odbiła jadąc inną drogą, w kierunku Nowego Targu.
Był piątek. Mała miejscowość jednak dość oblegana przez turystów. Znalezienie noclegu nie było już takie proste. Tułałem się z rowerem z sakwami od jednego do drugiego pensjonatu zostając odprawiany z kwitkiem. W końcu zaczął padać deszcz, co mocno mnie podłamało. Wizja spania na dworcu wcale mi się nie uśmiechała. Bynajmniej nie o tej porze roku, co innego jakby było ciepło. Wrzuciłem na siebie kurtkę i jeździłem dalej. Nocleg znalazłem dopiero ok 20;00. Kolacja i do spania.

dzień 3. 55 km

Obudziłem się o 8, spakowałem i zjadłem śniadanie w hotelowej restauracji. Ból tyłka od siodełka to jedno, ale dalej odczuwałem kolano. 3ci dzień to samo czyli podjazdy i zjazdy. Na szczęście w nocy przestało padać. Do południa asfalt zdążył wyschnąć. Był to najcieplejszy dzień, ok 14 stopni. W słońcu miejscami można było odczuć resztki lata. Tego dnia miałem najkrótszą trasę do pokonania, więc jechałem spokojnie. O 13 byłem już w Zakopanem. Auto stało na miejscu. Pozostało się tylko przebrać i wracać do domu.


          Trip mogę uznać za udany. Nie byłem może wystarczająco przygotowany fizycznie i kondycyjnie, gdyż kilka dni później musiałem zmagać się z konkretnymi zakwasami w nogach. W lecie gdy dzień jest dłuższy i ranki cieplejsze spokojnie można wyruszyć dużo wcześniej i jechać o te 2-3 godziny dłużej. W takich warunkach pewnie przejechałbym tę trasę w 2 dni. Wiem, że są osoby jadące kółko dookoła Tatr w jeden dzień, za to na prawdę szacunek. Taki wynik na pewno nie jest w moim zasięgu. Ale też nie jechałem na czas, zatrzymywałem się nie tylko by odpocząć, ale też w różnych ciekawych miejscach, by coś zobaczyć i pozwiedzać. Pozdrawiam chłopaków z którymi jechałem i wszystkich których mijałem na trasie :) Na Słowacji rowerzystów było zdecydowanie więcej. Może dlatego, że był to piątek / sobota. W kolejnym roku chciałbym wyruszyć raz jeszcze, z tym że w końcu może ktoś do mnie dołączy. Polecam trasę każdemu, kto kocha rower i góry - to doskonałe połączenie!

3 dni
215 km
0 awarii


Film z wypadu i kilka fotek:
















czwartek, 25 sierpnia 2016

Pieniny - rowerem wzdłuż Dunajca

          W ostatnio długi weekend pojechaliśmy z dziewczyną w Pieniny. Nigdy tam jeszcze nie byłem, a oglądając zdjęcia byłem na prawdę pod wrażeniem tamtejszych widoków. Na żywo wygląda to jeszcze lepiej. Już teraz wiem, że na pewno nie raz jeszcze wyruszę w Pieniny, czy to z rowerem czy na piesze wędrówki.

Spakowałem do auta mojego speca i w drogę. Wiedziałem, że drugi rowerek wypożyczymy na miejscu. Szczawnica oferuję kilka miejsc, gdzie możemy wypożyczyć dwa kółka. Cena za dobę to 20-35 zł za rower, w zależności od modelu. Wypożyczyliśmy Kellysa, z amorkiem z przodu. Rower całkiem ok, ale dawało się we znaki twarde siodełko i stukający amortyzator - już na wykończeniu. Ale nic to, daleko nie było, a trasa też wcale nie trudna, więc dało się objechać.

Przejechaliśmy trasę wzdłuż Dunajca, na Słowację do miejscowości Czerwony Klasztor. W żadnym klasztorze jednak nie byliśmy. Pokręciliśmy się trochę po okolicy, kilka fotek Trzech Koron i z powrotem. Trasa przyjemna, nie wymagająca, z na prawdę zapierającymi dech w piersiach widokami. Skaliste zbocza gór rozciągające się niemal całą trasę robią wrażenie.
Wszystko byłoby piękne gdyby nie... gdyby nie to, że to długi weekend i wszyscy chcą wypoczywać, czy w końcu zwiedzać góry. Akurat Szczawnicę, akurat teraz. No cóż, po korkach samochodowych, przyszła pora na duuuży ruch na szlakach. Wzdłuż całej trasy trzeba było na prawdę uważać na przechodniów i rowerzystów. Rodziny z dziećmi, normalnie całe masy. Ale byłem na to przygotowany. Długi weekend.

Osobom nie lubiącym przemierzać kilometry pieszo czy rowerem - leniom - poleciłbym spływ Dunajcem. Widoki te same, tylko siedzi się na tyłku na drewnianych tratwach. Kosz to 50 zł. Ruch wodny także był spory, tratwy płynęły niemal jedna za drugą. Minęliśmy ich na pewno ponad 50. 50 x 12 osób w jednej x 50 zeta... Oj robią interes na tych turystach :)

Na drugi dzień przeszliśmy przez wąwóz Homole. Koniecznie polecam tę trasę, osobom będącym w okolicach Szczawnicy.

Niedaleko znajduje się miejscowość Niedzica. Pomyślałem, że też warto byłoby obejrzeć tamtejszy zamek. Tak też zrobiliśmy. Co prawda z uwagi na spory ruch turystów oglądaliśmy go z zewnątrz. Ludzi było tyle, że kupujący przed nami bilety wstępu na dziedziniec zamku, mogli wejść dopiero za 3 godziny... Zrezygnowaliśmy więc, serwując sobie tym samym spacer po okolicy.


Kilka fotek:
Widok na Jezioro Czorsztyńskie












Niedzica


Wąwóz Homole





środa, 30 marca 2016

Świąteczny spacer - Beskid Makowski

          W świąteczny weekend pogoda zachęcała do spacerów, więc wybrałem się do lasu by trochę pochodzić. Wrzucam kilka fotek, które zrobiłem po drodze. Niestety w najlepszym momencie nie zdążyłem wyciągnąć aparatu by zrobić fotkę dzikom. Wyskoczyły zza zarośli, na szczęście były spłoszone i pobiegły w przeciwnym kierunku. W lasach i na polach widać ich ślady, czy to pod postacią tropów czy zaoranej ziemi.














wtorek, 22 grudnia 2015

Andrzejki - Babia Góra

          Jakiś czas temu, czyli dokładnie andrzejki spędziłem inaczej niż zwykle. Z racji tego, że nie mam żadnych Andrzejów w znajomych nie wybrałem się nigdzie na imprezę. Za to pojechałem wraz z kumplem w góry. Jak i rok temu tak samo teraz postanowiłem wejść na Babią w zimie ( choć jeszcze nie kalendarzowej ). Tym razem jednak w nocy,by być na szczycie o wschodzie słońca. Raz już byłem na wschodzie, ale w lecie. Teraz poziom trudności level wyżej.


Warunki średnie. Od samego początku lekko pruszył śnieg. Widoczność zatrzymywała się na granicy kilku ośnieżonych płatków przed nami. Później nieco przestało. Do samego schroniska na Markowych Szczawinach szliśmy sami, nikogo nie mijając. W schronisku było trochę osób, z racji imprezy andrzejkowej dzień wcześniej. Wiatr aż tak nie dawał się we znaki. Wiedzieliśmy, że dużo gorzej będzie dopiero od ok 1500 mnpm. I tak też było. Kilkaset metrów przed szczytem strasznie wiało, do tego widoczność spadła do kilku / kilkunastu metrów. Szlak był wydeptany, więc szliśmy po śladach wcześniejszych osób. Nie chcieliśmy wyjść na górę zbyt wcześnie, by nie czekać za długo na wschód i nie marznąć. Dlatego wcześniej robiliśmy kilka pit-stopów.







Samo wyjście ok, szlak trochę wydeptany, trochę miejscami oblodzony. Buty trekingowe to zupełne minimum jakie trzeba mieć na przejście. Ja żałuję jednak, że nie wyposażyłem się wcześniej w raki. Dopiero po przyjeździe zacząłem patrzeć na tego typu sprzęty. I z tego co widzę nie są to drogie rzeczy. Nawet niewielkie kolce pod butami dałyby radę w babiogórskie warunki. Zawsze to zminimalizowanie poślizgu. A nie jest to śmieszna sprawa, bo 3 razy leżałem na deskach, właśnie po poślizgnięciu :) Przy złym upadku nietrudno cokolwiek sobie naciągnąć lub złamać

Na górze i tak byliśmy prawie godzinę przed wschodem. Wiatr wiał niemiłosiernie, a my schowaliśmy się za murkiem, opatuleni w śpiwór. Herbatka, czekolada i chwila na ogrzanie rąk. Póki jeszcze można cokolwiek wyciągnąć z kieszeni. Po pół godzinie niewielkiego ruchu zaczęły zamarzać nam stopy i ręce. Próbowaliśmy się na wszelki sposób rozruszać, np. skacząc. Nie my jedyni porządnie marzliśmy, bo po innych na górze też było widać chęć rozgrzania się. Widoczność bardzo słaba. Już wiedzieliśmy, że nie będzie pięknych widoków wschodu. Poczekaliśmy do planowanej godziny zero i uciekliśmy na dół. Dosłownie, bo trzeba było schować się przed tym okropnym wiatrem w dolnych partiach góry. Ręce jeszcze pół biedy, ale zamarznięte palce u nóg to coś czego na maksa nie lubię.

Droga w dół to już schodzenie bez czołówek. Słońce zaczęło przebijać się przez chmury.

Wyprawa udana. Polecam każdemu!

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Rowerowy trip na Słowację - Film

Zmontowałem ostatnio taki filmik z przejazdu. Jest kilka fajnych widoków plus mapki. Polecam oglądać w HD na fullscreenie :)





Post z wyprawy:


środa, 10 czerwca 2015

3 dniowy trip na Słowację - rowerowo

          W długi weekend pogoda była wymarzona. Dla tych co lubią się opalać czy popływać ale też dla tych co chcą spędzić wolny czas jak najbardziej aktywnie. Oczywiście 30 i więcej stopni to aż nadto do jazdy na rowerze, ale raczej nie lubię narzekać na zbyt ciepłą pogodę - lepsze to niż za zimno! Tak jak wcześniej zaplanowałem wybrałem się pierwszy raz rowerkiem na Słowację. Jechałem sam, ale w żadnym wypadku nie czułem się samotnie - ja, rower i piękne widoki czasem jest to najlepsze połączenie. Wrzucam sporo fotek, bo też sporo ładnych rzeczy po drodze.

Zajęło mi to 3 dni, łącznie ponad 200 km jazdy. Jechałem z sakwami, nastawiając się na zwiedzanie, nie forsowałem tempa.



Dzień 1 - 65km




W pierwszy wyruszyłem z domu po południu, ok godziny 15:00. Upał, lekki wiatr. Kierowałem się do Suchej Beskidzkiej. Czas samej jazdy to ok 3h, ale do tego robiłem 2 mniejsze i jeden dłuższy przystanek w Wadowicach. Tam odpoczywałem zajadając włoskie lody. Zdecydowanie lepsze w taki upał niż papieskie kremówki ;) Poniżej fotka z rynku.





Tu z kolei zdjęcie zrobione gdzieś w okolicy Mucharza, za Wadowicami:



Dzień 2 - 70 km



W drugi dzień już zaczęła się jazda typowo górska. Podjazdy, zjazdy, piękne widoki. Moim celem było miasteczko położone niedaleko od granicy, Namestovo lub bardziej po polsku Namiestów. Jedyne czego nie przewidziałem to to, że w czwartek było święto Bożego Ciała. Co za tym idzie procesje, masę ludzi na drogach... Tak też było, w kilku wioskach musiałem omijać tłumy ludzi. Na szczęście policja czy straż, która kierowała kierowców drogami objazdowymi przepuszczała mnie i mój rower. No cóż, hasło - '' przeprowadzę jakoś bokiem'' poskutkowało :)






 Jeleśnia:

Wjazd do Korbielowa


W budce na granicy zjadłem kilka serków


 No i granica, oczywiście po Schengen jest całkowicie przejezdna, nie ma kontroli, a z dawnych lat pozostały jedynie budy

Okolice Orawskiej Półgóry:


Zubrohlava



NAMESTOVO
Nocleg w hoteliku. Trochę najeździłem się, żeby znaleźć coś taniego. Ojro majo, to ceny nie małe...
Wchodząc na teren jednego z domów z szyldem ubytovanie (noclegi), myślałem, że będzie coś taniej niż w pensjonatach itp. Otworzyła mi jednak pewna pani, która jakoś momentalnie mi się źle skojarzyła. No właśnie, po pierwsze to nie otworzyła od razu. Przez jakieś pół minuty patrzyła przez szybę w drzwiach, mówiąc mi coś - nie wiem, bo nie znam dobrze słowackiego. Do tego słabo ją słyszałem, a ona mnie. Po otwarciu zobaczyłem dokładniej rozczochraną kobietę, z dziwnym wzrokiem, zapraszającą w końcu do środka. Nie wiem czemu ale wydawała mi się jakby urwana była z filmu Kubricka. Po słowach bym wszedł, odpowiedziałem, że tylko pójdę po rower. Znikłem. Może to i lepiej, jakoś nie mógłbym zasypiać w miejscu, gdzie za ścianą czai się psychopata z nożem. Oczywiście pewnie przesadzam, ale taka wizja przeleciała mi przed oczami :D
Nocowałem w hotelu przy rynku. Trochę zbiłem z ceny, bo warunki były bez szału. Ale wystarczyło mi tylko to by móc się wykąpać i podładować telefon.


Po ciężkim dniu jazdy złote a i nawet cytrynowe bażanty:

Rynek, widok na Vysielač Stebnícka Magura (896 m n. p. m.)


Dzień 3 - 70 km
powrót do Suchej











Powrót zaplanowałem inną drogą. Odległość podobna, trochę inne ukształtowanie terenu. Jadąc przez Krowiarki - przełęcz w Zawoi pod Babią widać było ogrom turystów wybierających się na jej szczyt. Wszystkie parkingi zapchane, do tego kilometrowy sznur samochodów na poboczu. Pewnie, długi weekend, pogoda, ale czemu wszyscy na raz!!?? Oczywiście żartuję :)  W takie dni to nieuniknione. A fajnie, że ludzie chcą robić coś innego niż tylko stacjonarny wypoczynek. Babia zawsze spoko!

Sama jazda szła ok. Jednak dawał się we znaki upał, jak zresztą w każdy dzień przejazdu. Do tego z rana już zaczęły boleć mnie nogi. Później je rozruszałem, ale na podjazdach, szczególnie już w Polsce za Zawoją myślałem, że mi odpadną. Dziwne, ale szczególnie lewa nie dawała sobie rady heh... To tylko motywuje do częstszych wyjazdów.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------





Babia Góra od strony południowej:

 chwilowy postój gdzieś w Lipnicy, tuż przed Krowiarkami



No i przede wszystkim muszę jeszcze raz pochwalić butki. SPDki spisują się świetnie. Komfort jazdy i ergonomia na dobrym poziomie. No i jazda z sakwami to też zupełnie co innego niż jazda swobodna. Tam gdzie rozwijamy wysokie prędkości i ma już znaczenie opór powietrza, torby sporo wyhamowują. Do tego moje zaczepione na prowizorycznym bagażniku. Bagażnik nie przystosowany pod sakwy, ale dodałem pewien element by torby dobrze wisiały. Dzięki temu nie wpadną w szprychy. Ale oczywiście przy zjeżdżaniu z krawężnika, czy większych dziurach, kamieniach, zawsze jest jakaś obawa, że się obsuną czy po prostu spadną. 

Dziwi mnie w sumie fakt, że piłem stosunkowo mało wody. Przy ponad 70 km pierwszego dnia podczas jazdy wypiłem zaledwie jakieś 1,5 litra napojów. Wydaje mi się, że to za mało, jak na taki wysiłek, w tak upalny dzień. Ale piłem według potrzeby organizmu. 

Pozdrawiam wszystkich, których spotkałem na trasie, a było trochę cyklistów :)